Kategorie

AMERYKAŃSKIE ŚNIADANIE

przy nie mijającym uwielbieniu kuchni greckiej i arabskiej, przy minionych smakach włoskich, po gimnastykach nad kuchnią francuską, chyba przyszedł czas na wielkiego brata zza oceanu. jedna z najmłodszych sztuk kulinarnych, prosta, łatwa, słodka. niestety, coraz częściej oparta na gotowych półproduktach. lecz gdy głębiej poszperać, w tych „starych, tradycyjnych” przepisach – wiele perełek można jeszcze znaleźć.

nic dziwnego, że naród amerykański cierpi na otyłość.
gdyby nam podawano w dzieciństwie takie śniadania – nic lepsi byśmy nie byli!

jednak gdy ciągnie mnie na słodkie,
mocno, zajadle, obsesyjnie –
- robię sobie amerykańskie śniadanie w skali 1:1.
ilość spożytego cukru na pół zimy mi wystarcza!!!

darmowy hosting obrazków

to jest niby „zdrowsza” wersja
AMERYKAŃSKICH NALEŚNIKÓW – takich OLD FASHIONED
porcja na jednego obżartucha:

• pół szklanki mąki
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia
• dwie szczypty soli
• 1 łyżka białego cukru (u mnie syropu klonowego)
• 3 łyżki mleka (u mnie wody)
• 1 jajko
• 1 łyżka roztopionego masła (oleju ryżowego).

darmowy hosting obrazków

przesiać mąkę, zmieszać suche składniki,
wlać płynne, roztrzepać dokładnie trzepaczką.

smażyć na malutkiej patelence jak Miszka Micky.
(ja, oczywiście nie mam takiej małej, więc na zwykłą wylewam po łyżce ciasta
i robię placuszki malutkie jak ciasteczka. )

darmowy hosting obrazków

potem wcinam gorące i chrupiące z dżemami,
a gdy już nie mogę, to z syropem klonowym,
a gdy i tego już nie daje rady – wtedy wreszcie mogę cieszyć się smakiem samych naleśników!

mydło?!

czyli szacowne BBC i kursy języków obcych

hm, te obrazki na górze:

w kursie greckiego – zdjęcie tabliczki z nazwą ulicy,
w niemieckim wejście do „alpejskiej” knajpki,
włoski to owoce morza,
portugalski to skalista plaża,
mandaryński – papierowy lampion
itd.

a polski?!?

co to, *@%, jest?!?!?

kulinarne podróże Roberta M,

czyli: jakie jest przyzwolenie społeczne
na zamieszczanie przepisów, których NIE polecam?

nowa książka Roberta Makłowicza
„Kuchnia Fusion”
to duży kaliber,
a szczególnie nazwy potraw.

niemniej jednak, postanowiłam ugotować:

AUSTRALIJSKĄ ZUPĘ Z DYNI NA WZÓR TAJSKI

• litr rosołu warzywnego
• kilogram świeżej dyni
• łyżka czerwonej pasty chili
• mała puszka mleka kokosowego
• 250g tofu naturalnego
• świeża kolendra i mięta
• papryczka chili.

w rosole zagotować pastę chili,
wrzucić dynię, ugotować.

zmiksować, rozprawić mlekiem kokosowym,
wrzucić tofu pokrojone w kostkę.

podawać posypane ziołami i papryczką.

tyle od Makłowicza.

no to tera bedzie ode mnie:

mdła, nudna, bezsensownie ostra.
chyba tylko tofu mi smakowało.
jeśli ktoś w ogóle lubi tofu….

to raczej flinta niż fuzja,
już samo pochodzenie z połączeniem powinno mnie ostrzec,
ale cieszyłam się na zupę bez cebuli – płonne me nadzieje!

jeśli koniecznie, to lepiej na oliwie z oliwek
rozprowadzić pastę chili, potem w tym
poddusić grubo posiekaną cebulę z kurkumą.

wrzucić dynię i dolać odrobinę wody.
dusić aż dynia będzie aldente.

w tym czasie pokrojone tofu odsączyć
podgrzać olej ryżowy z kapką sezamowego
usmażyć w głębokim tłuszczu kostki tofu,
odsączyć na ręczniku papierowym.

zupę można zmiksować,
zaprawić mlekiem kokosowym.
doprawić sokiem z cytryny i solą.

tofu wrzucać dopiero do miseczek
i posypywać ziołami.
papryczkę bym sobie darowała,
lub dodała ją do oleju przed smażeniem tofu.

wniosek, bezwarunkowo /;-)/:
chyba wolałabym orientalny rosół
z kawałkami dyni i marchewki,
ze szklanym makaronem
i kawałkami tofu.

no cóż. nie można mieć wszystkiego i pojechać wszędzie…

siedze przed komputerem i widzę, jak klawiatura się wygina. wybrzusza się na środku, mocno tak, aż l

edwo do klawiszy sięgam. ale wydaje się taka pełna i wygodna, ergonomiczna, co?

sobotni listopad

mglisty i deszczowy poranek
lubię takie mokre dni.

…zapach z piekarni
gdy stoję na przystanku

…zapach czekolady
gdy mijam fabrykę wedla

…w wysokich
moja ulubiona reklama

świat biegnie wolniej
gdy mam pomarańczowy parasol

PLACKI BURACZANE

wywodzą się z prostej linii od klasycznych placków ziemniaczanych.
są potomkami chipsoplacków Belli i greckich placków z cukini i fety.

skoro rodowód znany powszechnie, to i zasada oczywista:
warzywo starte na tarce zmieszane z jajkiem, zlepione mąką usmażone na patelni w tłuszczu = banał.
ale i klucz do otwarcia wyobraźni!

darmowy hosting obrazków

• duży ugotowany lub upieczony burak
• 2 małe jajka
• ok. 2 łyżek mąki
• 1 szalotka
• 1 cm korzenia imbiru
• garść prażonych pestek dyni
• kilka kropel soku z cytryny
• pieprz biały
• 1 łyżeczka błonnika /niekoniecznie/
• sól lub skórka z cytryny i wiórki kokosowe do podania
/zależnie od wybranej wersji: słodkiej lub solnej/

• olej ryżowy do smażenia
• papier kuchenny do odsączania tłuszczu.

na suchej patelni uprażyć pestki dyni
w tym czasie zetrzeć buraka na grubej tarce.

na łyżeczce oliwy z oliwek
zeszklić drobno posiekaną cebulkę.
a w między czasie na drobnej tarce zetrzeć imbir.

do buraków i imbiru pokruszyć pestki dyni,
wbić jajka, dodać cebulkę, rozprowadzić mąkę i błonnik.

doprawić pieprzem i cytryną.
jeśli wersja na słodko, pominąć sól, dodać odrobinę startej skórki cytrynowej.

smażyć jak tradycyjne placki z dwóch stron
na oleju ryżowym, bo ma bardzo wysoką temperaturę palenia się;
nie pryska, nie śmierdzi, nie nadaje smaku.

kolejne placuszki odkładać na papier kuchenny.
/jeśli chcemy wszystkie podać na raz, po odsączeniu przekładać do ciepłego piekarnika/

jeść ciepłe, póki chrupiące.
w wersji bezsolnej podawać posypane wiórkami kokosowymi.

darmowy hosting obrazków